Powszechnie uważa się, że dziennikarz powinien odpowiadać na zapotrzebowanie czytelników. Dlatego też, jako że chcę pisać o czymś, co może zostać przeczytane, a nie z góry skazane na ominięcie przez wybrednego czytelnika „Osy”, postanowiłam zrobić sondę. Nie, nie uliczną, bo pada i zimno jest, a wtedy ludzie są podobno negatywnie nastawieni do przejawiania jakichkolwiek oznak tego, że żyją w społeczeństwie, a nie na bezludnej wyspie. Zdecydowałam się przeprowadzić badania przy pomocy czegoś, co potocznie zwie się komunikatorem, a ja to nazywam gadem.
Tak więc wrzuciłam w sieć swój problem, który zwie się „brakiem weny” i (o dziwo!) odezwały się głosy, a raczej okienka, że oni chcą to i tamto, a można jeszcze o tym i że o to, to będzie wprost genialne i idealne. Mnie najbardziej zaintrygował temat „kultura w Magdonaldzie” (przepraszam za spolszczenie, ale wrogiem amerykanizacji jestem, więc tak pisać będę i koniec). Nie, nie bójcie się, nie będę opisywać osobistych refleksji na temat widoku jedzącego palcami człowieka, który za talerz ma kawałek papieru, a za szklankę pudełko z rurką w środku. Chociaż pewnie taki rodzaj „kultury” miał na myśli autor tematu, ale o tym nie i jeszcze raz nie, gdyż turpizmu nie lubię jeszcze bardziej niż półproduktów zza oceanu. Może się to wydać infantylne, ale tenże Magdonald ma sporo wspólnego z kulturą, ale masową. Przyszedł sobie od naszych bardziej rozwiniętych amerykańskich braci i od początku wywołał sensację, gdyż można tam było skosztować” (dosłownie i w przenośni) innego życia, a więc niepolskiego.
Read the rest of this entry ?