h1

[Archiwum] Dworcomania

5 kwiecień 2007

Godzina szósta. Dworzec główny w Katowicach, a samo miasto we mgle. Ciarki na plecach, ekipa się trzęsie – wszyscy narzekają “że zimno”. Hala budynku prawie pusta, gdyby nie śpiący bezdomni na karimatach, kocach i Bóg wie czym jeszcze; miejscowa menelnia budząca się do życia w połączeniu z konsumującymi drożdżówki kasjerkami i… Ekwadorczykiem, który wśród pustych, dworcowych zaułków szuka pomocnego poligloty.

Obojętnie jaki punkt polski wybierzemy: Koluszki, Warszawę czy Rudnę-Gwizdanów- znajdą się ludzie, którzy – przez złośliwość losu, czy też niewytłumaczalny przypadek, zostali tam zatrudnieni. Do najzacniejszych przedstawicieli tego grona zaliczam oczywiście Panie Kasjerki. Damy owe, rozkokoszone w swych ciepłych fotelach, za szybkami, przekonane są chyba o swej wyższości nad zwykłymi śmiertelnikami. Bo jakże można przerywać ich czas na poranno–południowo–wieczorno-nocną kawkę ? A kiedy strudzony podróżnik dotrze szczęśliwie, ogonkując, jak za komuny, w nieziemskich kolejkach do kas, zawsze znajdzie się powód, by owemu pasażerowi pokazać, jak bardzo jego pojawienie się jest niemile widziane: brak dwóch spinaczy przy zdjęciu na legitymacji, ton wskazujący na to “że ta młodzież teraz taka chamska”, czy mimika twarzy błagająca o zostawienie w świętym spokoju…

Panie owe, jako przedstawicielki Unii z krwi i kości, doskonale wiedzą również jak zachować się w kontaktach z zagranicznymi gośćmi. I tak, jak w Mediolanie, na dworcu, na prośbę sprzedania biletu do Polski, zaradna kasjerka może zapytać: ‘a gdzie leży Polska?”, tak rodzima urzędniczka zacznie zastanawiać się, czy jest w ukrytej kamerze czy też jej migowy będzie wystarczającym językiem porozumiewawczym… Kolejną rzeczą bez której dworzec nie byłby miejscem kultu tłumów są automaty z napojami różnego pochodzenia (a i niektóre budki prywaciarzy). Za ich termin ważności nie odpowiada nikt, aczkolwiek spragniony i zmęczony pasażer jest w stanie wypić wszystko i za każdą [!] cenę. A tu wybór jest szeroki: mleko w proszku, herbata z automatu pachnącą czystą chemią, czekolada której konsystencja niczym nie przypomina czekolady, i kawa. I choć żywię do tego napoju spory sentyment – kawą której doświadczyć tam można rzeczywiście można by zakwalifikować do miana Szatańskiej: czarna, gęsta, pachnąca nieprzeniknioną tajemnicą, której cena już bez jej wypicia potrafi przyprawić o palpitację serca – doprawdy Kawa Zła! (a tak na marginesie, to potrzeba nie lada umiejętności, aby kawę takową wypić już w pociągu bez poparzenia czy oblania się nią jednocześnie jadąc)…

Przechodząc dalej w ową czeluść absurdu i zagmatwania trafiamy na peron. Ich rozmieszczenia w przestrzeni do dziś nie potrafię zrozumieć. Na pewno ktoś miał pomysł (i przerost wyobraźni…). Co dziwniejsze – na jakimkolwiek dworcu się nie znajdziemy – na peronie możemy spotkać znajomych z którymi ewentualnego spotkania spodziewalibyśmy się dopiero u Nieba bram. Nie dane jest nam, niestety, prowadzenie towarzyskich pogaduszek. Bo oto nadjeżdża pociąg. Twór ten – jakże sponiewierany przez opinię społeczeństwa, ze zniekształconym obrazem, wynaturzony. Zupełnie niepotrzebnie. Ileż ciekawych ludzi spotkać tam można! Ileż ciekawych rzeczy dowiedzieć się można. Przykład? Miły jegomość opowiadający o miejscu swojej młodości, niczym o drugim Taj Mahal (który, w dalszej części opowiadania okazał się zakładem karnym), pani siedząca obok, zagłębiająca się konspiracyjnie w mojej lekturze („byleby mnie nie zauważyła”), debata pasażerów na temat układu strattocumullusów na niebie, próbach wciągnięcia w wspólną modlitwę przez przemiłą staruszkę o 3 w nocy, a kończąc wymienianie na pasażerach pociągów trasy Kostrzyn (Woodstock) vs. Reszta świata.

Myślę, że mimo całokształtu sytuacji dziejącej się na dworcach, w pociągach, pomijając nawet Panie Kasjerki (swoją drogą, to na miejscu pasażerów obcojęzycznych nie zagłębiałabym się w światek PKP bez Zestawu Początkującego Samobójcy), darzę (darzymy) obiekty te niezdefiniowanym szacunkiem a może nawet jakąś absurdalną czcią.

Kira Krzesłowska, Marysia Wąsik

Skomentuj