h1

[Archiwum] W krainie zadań domowych

2 kwiecień 2007

Kreatywne zadania domowe w klasach licealnych to niecodzienność. Czasem potrafią być okazją do dobrej oceny. Ale zdarzają się i takie wyzwania, które stają się katorgą nie do przejścia.

Gdy byłam młodsza, zawsze radość sprawiały mi wszelkiej maści zadania domowe, gdzie w grę w chodziło wycinanie, wyklejanie, tworzenie z nic nieznaczących papierków spójnej całości. Niestety, tak już bywa w życiu człowieka, że z większości przyzwyczajeń się wyrasta na poczet innych. Jedni lubili od podstawówki WF, by w liceum przynosić notoryczne zwolnienia, inni kochali historię do czasu, gdy restrykcyjne odpytywanie co lekcję skutecznie obrzydziło im owo zamiłowanie. Tym samym być może jakiś nauczyciel ma na sumieniu niespełnionego geniusza, który za sprawą dziwacznych, osobistych wizji tego pierwszego nie poznał, co to blask chwały i sławy.

Wracając do wycinanek. Wydawało mi się, że wraz z rozpoczęciem gimnazjum (co dopiero liceum!) skończą się wycinanki, rysunki kredkami świecowymi. A jednak musiałam się rozczarować. Ale za to w jakim stylu! W gimnazjum czekały na mnie tak kreatywne zadania domowe jak „narysuj Soplicowo według mickiewiczowskiego opisu” albo „twoja wizja wymarzonego placu zabaw”. Dało się przeżyć. W końcu kto się tam w gimnazjum przejmuje brakiem czasu na wykonanie zadania domowego. Skończyło się gimnazjum, zaczęło się robić coraz poważniej. A ja dalej z nadzieją, że już żadne prace wymagające użycia prawej półkuli mózgowej mnie nie czekają… I znowu pomyłka! Żeby było ciekawiej i zarazem trudniej, dogoniły mnie dopiero w trzeciej klasie. Klasie maturalnej. Wyobraźcie sobie jaka była moja radość, gdy na początku roku szkolnego obiecano nam zmniejszenie siatki godzin lekcyjnych, byśmy mogli – my, maturzyści – w spokoju poświęcić się nauce wybranych przedmiotów w zaciszach domowych, z dala od absurdalnej pomysłowości MENu. Może i zajęć mniej, ale na pewno nie w pierwszym semestrze.

Wrócę jednak do zadań domowych. Najciekawsze do tej pory było związane z wyborami do parlamentu i z październikowymi wyborami nowego prezydenta. Polegało na tym, by z dostępnych nam źródeł informacji wyciąć/ wydrukować te najważniejsze i wkleić ładnie do zeszytu z wosu. Super, pomyślałam na wstępie, mam na zadania kupę czasu, do tego łatwą możliwość zarobienia dobrej oceny. Na pewno. Pod warunkiem, że wpaść na pomysł wycinanki z artykułów z gazet znaczy tyle, co przewidzieć, że w domu panuje zasada wyrzucania wszystkich czasopism po dość krótkim czasie. I takim właśnie sposobem straciłam już pierwszą część zadania, czyli wybory nowego rządu. I już ocena w dół… Okazało się, że owa ocena leci w dół dalej za szereg małych niedociągnięć, dla normalnego śmiertelnika niewyłapywalnych, a dla wprawionego belfra wyniesionych do rozmiarów Kolosa z Rodos. I cóż pozostało z marzenia o łatwej i zadowalającej oczy i duszę ocenie? Guzik. Bo pętelka była w podpisie, widniejącym pod oceną dostateczną.

Tym samym porzuciłam myśl o wyrzuceniu [szalona!] wyżej wspomnianych kredek świecowych, bo kto wie, może za niedługo przyjdzie mi zmierzyć się z zadaniem namalowania na wielkim brystolu kopii ’Bitwy pod Grunwaldem’. I już na wstępie zacznę zastanawiać się, czy liczba guzików w odzieniu króla Jagiełły zgadza się z oryginałem oraz czy odpowiednia ilość zabitych znajduje się po lewej stronie polskiej chorągwi…

Mary Wąsik

Skomentuj