
[Archiwum] Wywiad z Ireneuszem Krosnym
1 kwiecień 2007
OSA: Spotykamy się w tyskiej państwowej Szkole Muzycznej. Co Pan tu robi?
I.K.: Moja córka uczęszcza do pierwszej klasy OSM. Zostałem poproszony przez panią dyrektor o występ dla uczniów tej szkoły.
OSA: Czym dla Pana jest muzyka?
I.K.: Muzyka jest moim hobby, lubię sobie czasem ”pogrywać”. Sam też skończyłem szkołę muzyczną na fortepianie i myślę, że skoro posyłam dziecko do tej szkoły, to dlatego, że chciałbym, by również lubiło grać. Muzyka jest niezbędna. A czym jest? Jest wszystkim-jest rozrywką, jest sposobem na relaks.
OSA: Zaczyna mi się wydawać, że rozmawiam z muzykiem. Kim chciał Pan zostać w dzieciństwie?
I.K.: Już dość wcześnie, bo mając 14 lat chciałem zostać mimem. Potem, jak prawie każde dziecko, chciałem być weterynarzem (bo kotek malutki). Był czas, że chciałem zostać elektronikiem, ale generalnie to jednak moje marzenia związane były z teatrem.
OSA: Jaki okres w życiu najlepiej Pan wspomina?
I.K.: To jest trudno powiedzieć, nie wiemy też, co nas jeszcze czeka. Myślę, że tego do końca nie da się określić. Z jednej strony cieszy to, co jest, że jednak wyszło to z tym teatrem. Z drugiej strony, patrząc wstecz, mając dzisiejszą wiedzę, będąc ojcem dwójki dzieci, mam świadomość, że mogłem lepiej wykorzystać czas, który miną. Wydaje mi się, że kiedy człowiek jest młody, nie ma pojęcia, ile ma wolnego czasu.
OSA: Pan go nie ma? To dzięki temu osiągnął Pan tak wielki sukces? Co chciałby Pan przekazać młodym ludziom, którym marzy się kariera artystyczna?
I.K.: Każdemu, kto się zajmuje jakąś dziedziną artystyczną i chciałby zrobić z niej swój zawód powiedziałbym tak: niech zacznie występować przed publicznością zupełnie mu nie znaną i jeżeli tę publiczność jest w stanie porwać, to ma szansę się wybić. Natomiast później trzeba dużo cierpliwości i jest potrzebny łut szczęścia. W moim wypadku było podobnie: przez 3 lata od rozpoczęcia działalności solowej nie byłem w stanie wystąpić na żadnym większym festiwalu. Nikt mnie nie znał i nie był zainteresowany występem człowieka, który przez godzinę nic nie mówi. W 1995 roku na festiwalu w Lidzbarku Warmińskim jeden z zespołów nie dojechał i dlatego wpuszczono mnie na jego miejsce – ten festiwal wygrałem. Potem kolejne zaproszenia, kolejne sukcesy i tak się to potoczyło…
OSA: Jak wygląda Pana dzień pracy, ile musi Pan ćwiczyć między występami na festiwalach?
I.K.: Pierwszą rzeczą charakteryzującą moja prace jest totalna nieregularność – dzisiaj jestem tu, jutro na przykład nad morzem, a za tydzień w Chicago. A tak na co dzień trzeba utrzymywać pewną sprawność fizyczną. Natomiast języka pantomimy trzeba się nauczyć raz w życiu. To jest jak jazda na rowerze – można stracić kondycję, ale tego się nie zapomina.
OSA: Ale czasami ma pan wolne? Co pan wtedy robi?
I.K.: Czas ten spędzam z rodziną A gdzie? Bardzo lubię Chorwację. A gdy jestem w Polsce, to najchętniej wyjeżdżam gdzieś w gronie dobrych przyjaciół.
OSA: Za 15 lat będzie Pan robił to, co teraz?
I.K.: O ile zdrowie mi pozwoli! Na razie robię jeszcze szpagaty. Dużo w tym zawodzie zależy od sprawności sportowej. Lubię tę pracę, choć teraz pracuję trochę za intensywnie. Myślę jednak, że nawet gdybym wygrał w totka to nie zerwałbym z pantomimą.
OSA: Skąd biorą się pomysły na skecze?
I.K.: Przede wszystkim z mojej głowy! Czasem jest tak, że sobie siedzę i coś ni stąd ni zowąd wymyśle. Ale myślę, że z perspektywy 11 lat działalności zawodowej to twórczość jest najtrudniejszą częścią mojej pracy – nie występ, ale wymyślanie konkretnych pomysłów.
OSA: Co jest dla Pana najważniejszą wartością w życiu?
I.K.: Pan Jezus. Jestem osobą zdecydowanie wierzącą. Wiara jest to pierwsza i najważniejsza rzecz, która dla mnie nadaje sens innym działaniom. Gdybym nie wierzył, że istnieje pan Bóg i życie nie kończyło się tylko tu na ziemi, to pewnie straciłbym wszelką energię do działania.
OSA: Tyle o Bogu. A jakie cechy ceni pan najbardziej w innych ludziach?
I.K.: Stateczność, słowność, otwartość. Trudno mi to zdefiniować w jednym zdaniu, jest dużo takich cech.
OSA: Ma pan chęć, jak Horacy, nie wszystek umrzeć? Chciałby Pan zostawić po sobie potomności?
I.K.: Myślę, że już udało mi się przetrzeć szlaki pantomimy w Polsce. Dzięki popularyzacji przez media zaczynają się pojawiać naśladowcy, nikt już (tak jak kilka lat temu) nie robi wielkich oczu na to, że ktoś jest mimem. A gdy już pogrzebią mnie kiedyś na cmentarzu, to część tych scenariuszy, które zostały stworzone będzie grana przez nowych mimów.
OSA: To już ostatnie pytanie: jakie jest Pana życzenie do złotej rybki?
I.K.: Oj – trudne pytanie. Co ja chciałbym dostać? Z rzeczy niematerialnych to poprosiłbym o pewną systematyczność, bo moje życie zawsze charakteryzowało się pracą zrywową. Z materialnych rzeczy… któż nie marzy o tym, żeby mieszkać w normalnych warunkach? Ja na razi mieszkam w bloku. A z duchowych rzeczy – może rybka dałaby mi taką wiarę, jaką miał św. Piotr, że chodził po wodzie…
OSA: Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów!
Magdalena Dąbrowska

