h1

[Archiwum] Zagubiona w supermarkecie

17 marzec 2007

Od dłuższego czasu obserwuję po cichu zjawisko zwane super-, jak kto woli, hipermarketami. I…

Intryguje mnie fakt, iż owe duże sklepy stały się nie tylko obiektami żądzy konsumenta, ale także służą istotom ludzkim jako „fenomenalne” miejsce do spotkań towarzyskich, spacerków rodzinnych.

Bywalców marketów zwykłam dzielić na kilka grup (w końcu sklep nie służy tylko do robienia przymusowych zakupów).Grupa z numerem jeden jest zjawiskiem obejmującym istoty stanowcze; wchodzą do świątyni konsumpcji, zaliczają szybkie zakupy, po czym wychodzą. Populacja zaliczająca się do tej grupy wchodzi do sklepu z wyraźną potrzebą typu „przygotować obiad” albo „kupić szampon”, a także z równie palącą potrzebą szybkiego opuszczenia świątyni.

Grupa z numerem „dwa” to ludzie z wyuczonym nawykiem odwiedzania sklepu z tą samą częstotliwością, co odwiedzanie kościoła, czyli zakupy w sobotę, bądź niedzielę oraz częstsze wizyty przed ważniejszymi świętami. Sumując grupę zauważam kilka wyjątków – całe rodziny maszerujące wzdłuż półek sklepowych, dzieci krzyczące do swoich rodzicielek, gdzie co jest, na której półce, w którym rzędzie… jest także „podgrupa”, która zwykła blokować główne przejścia w celu przedyskutowania najnowszej promocji czegoś-tam czy znajomi sobie ludzie spotykający się podczas zakupów, wszczynający rozmowę żywcem wziętą z podręcznikowych przykładów (moje ulubione –, „co tam u Ciebie słychać”…). Została mi jeszcze ostatnia grupa (uwaga, uderzam teraz w poczciwą młodzież). Grupa specjalizująca się w szerokiej gamie spotkań towarzyskich o różnorakim zabarwieniu. Mam na myśli kontemplowanie wystaw sklepowych na tak zwanych pasażach czy spacerki z sympatią pomiędzy regałami z artykułami gospodarczymi… Niby cały ten zgiełk – normalne zjawisko, ale czy na pewno? Sięgam do uklepanych regułek anarchistów – antyglobalistów, czytam o francuskiej gospodarce… według statystyk hipermarkety przejęły 80% obrotów handlu na rynku wewnętrznym. Oczywiście cała „maszyna zła” powstaje na miejscu „małych sklepików za rogiem”, aż się prosi, żeby napisać: „już mamusia nie kupi mi bułeczek w tamtym sklepiku”… niestety, w Polsce przypuszczalnie będzie tak samo, może trochę dramatyzuję, ale patrząc na sprawę racjonalnie, mamy w mieście już kilka świątyń konsumpcji, do tego doliczę jeszcze duże sieci pojedynczych sklepów zagnieżdżających się na całym obszarze miasta. I co? Pozostaje nam tylko na to patrzeć i dostrajać się do sytuacji…

Jednakże tragizm zjawiska w moim mniemaniu ma jedną, dość komiczną stronę – mianowicie „flashmoby” ( zjawisko znane internautom jako sztuczny tłum: banda zmaltretowanych rzeczywistością ludzi umawia się potajemnie w konkretnym miejscu, o danej godzinie, po czym w przeciągu kilku minut robią coś absurdalnego) wykorzystane całkiem nie dawno w jednym z polskich marketów. Całość akcji polegała na tym, by na jedną godzinę zablokować market, bestialsko pozbawiając go koszyków i wózków. Uczestnicy „zabawy” mieli o danej godzinie przyjść, zabrać koszyk i maszerować pomiędzy półkami nic nie kupując, a wszystko to pod szyldem „razem jesteśmy silniejsi od …(tu pada nazwa sklepu, którą z grzeczności pominę…)”. Akcja zwieńczona, owszem, paraliżem marketu i bezradnością obsługi… niestety nic do kochanego społeczeństwa nie wniosła… a więc pomijając moją marketofobię i ogólnie nieuzasadniony lęk przed szemranym, tłumem muszę przyznać, iż mimo wszystko ciekawić mnie będą dalsze losy tournee marketów w okolicy, które masowo ściągają do siebie ludzi z różnorakich powodów. A co będzie dalej? Pozostaje mi tylko irytacja histerią zakupową…

Marysia Wąsik

Skomentuj