h1

Wielki świat ma zapach hamburgerów

17 marzec 2007

Powszechnie uważa się, że dziennikarz powinien odpowiadać na zapotrzebowanie czytelników. Dlatego też, jako że chcę pisać o czymś, co może zostać przeczytane, a nie z góry skazane na ominięcie przez wybrednego czytelnika „Osy”, postanowiłam zrobić sondę. Nie, nie uliczną, bo pada i zimno jest, a wtedy ludzie są podobno negatywnie nastawieni do przejawiania jakichkolwiek oznak tego, że żyją w społeczeństwie, a nie na bezludnej wyspie. Zdecydowałam się przeprowadzić badania przy pomocy czegoś, co potocznie zwie się komunikatorem, a ja to nazywam gadem.

Tak więc wrzuciłam w sieć swój problem, który zwie się „brakiem weny” i (o dziwo!) odezwały się głosy, a raczej okienka, że oni chcą to i tamto, a można jeszcze o tym i że o to, to będzie wprost genialne i idealne. Mnie najbardziej zaintrygował temat „kultura w Magdonaldzie” (przepraszam za spolszczenie, ale wrogiem amerykanizacji jestem, więc tak pisać będę i koniec). Nie, nie bójcie się, nie będę opisywać osobistych refleksji na temat widoku jedzącego palcami człowieka, który za talerz ma kawałek papieru, a za szklankę pudełko z rurką w środku. Chociaż pewnie taki rodzaj „kultury” miał na myśli autor tematu, ale o tym nie i jeszcze raz nie, gdyż turpizmu nie lubię jeszcze bardziej niż półproduktów zza oceanu. Może się to wydać infantylne, ale tenże Magdonald ma sporo wspólnego z kulturą, ale masową. Przyszedł sobie od naszych bardziej rozwiniętych amerykańskich braci i od początku wywołał sensację, gdyż można tam było skosztować” (dosłownie i w przenośni) innego życia, a więc niepolskiego.

Dzieci mogły się w szkole pochwalić, że spożyły niedzielny obiad z rodzicami w tym cudownym miejscu, a biznesmeni mogli zjeść lancz na szybko, bo czas to pieniądz. Powiało wielkim światem – jejka, jak wielki świat pachnie tak, jak czuć w tej knajpie, to ja zostanę w moim, pachnącym świeżością światku. Ale że to, co ma początek, ma też i koniec, to . Magdonaldy stały się stałym elementem naszego (jeszcze polskiego!) krajobrazu i są uważane za normę, a ona jest najgorsza, bo nie wzbudza pożądanych emocji. Urodziny w „maku” to już nie szczyt szpanu, więc rodzice robią swoim pociechom kinder bale, a młodzież ogranicza się do lodów, bo film przeraził i oczy otworzył na TO, co jemy, bo czy można to nazwać jedzeniem, to pewna nie jestem. Ale wróćmy do kultury, bo dygresje to ja lubię, a nawet bardzo (widać, prawda?), lecz opanować się umiem (udowodnię innym razem). Mogłabym w tym przypadku pogeneralizować sobie i uznać, że Ameryka i wszystko, co się z nią wiąże, wpływa zdecydowanie na kulturę naszego kraju, ale przykład Magdonaldu doskonale obrazuje tę kwestię i przy nim zostanę. Pozostaje jedynie cieszyć się, że Polacy powoli odzyskują węch i już w kościach czują, że z tymi hamburgerami i spółką nie jest tak fajnie, jak by się mogło wydawać na początku (a mogło, mogło).

JA REAGUJĘ!
A może ktoś zgłodniał w czasie czytania? Nie? Jaka szkoda… przecież obok naszej szkoły jest taki jeden, przytulny i ładniutki Magdonaldzik, który pewnie przygarnąłby pod swoje opiekuńcze skrzydła zgłodniałą duszyczkę. Ja na przykład jestem baaaardzo głodna, najchętniej skonsumowałabym coś baaaaardzo kulturalnego, ale nie masowego, bo mas nie lubię, gdyż z reguły stawiam na jakość, a nie na ilość. Nie, nie myślcie, że nie lubię czytelników (w końcu dużo Was jest) – mnie wystarczy świadomość, że każdy z Was jest wyjątkowy. Bo dziennikarz powinien odpowiadać na zapotrzebowanie czytelników, a dobry dziennikarz zna potrzeby każdego z osobna.

Marietka Stefaniak

Jeden komentarz

  1. Co wy chcecie od maka? Jego największa – i pewnie jedyną – zaletą jest to, że stoi tak blisko szkoły. Gdzie mamy chodzić? Pod Jesiony? Do Wenecji?



Skomentuj